[npm 6/2010] W okopach na Żeleźnicy

Orawa to wspaniała kraina, która mimo że nie jest dzika jak Beskid Niski nie poraża niesamowitymi, bystrymi kształtami skał na wzór głębokich dolin słowackich Tatr Wysokich, to jednak potrafi urzec. Któż bowiem potrafi oprzeć się urokowi przepastnych torfowisk czy nieco już zapomnianego pasma Żeleźnicy?

Historia Orawy, od wieków leżącej na styku dwóch państwowości, jest nierozerwalnie związana z dziejami Węgier, Polski i Słowacji. Jak podaje Orawski Portal Turystyczny (www. orawa.turystyka.pl), rejon ten do 1918 roku zarządzany był mocną ręką przez węgierskich możnowładców (m.in. przez ród Thurzonów), rezydujących na wznoszącym się 112 metrów nad rzeką Zamku Orawskim, jednym z piękniejszym zamków na Słowacji. Po I wojnie światowej o Orawę spierały się Polska z Czechosłowacją – w 1920 roku Rada Ambasadorów Ententy zdecydowała o podziale Górnej Orawy, w wyniku czego Polska otrzymała jedną trzecią część spornego terytorium, określanego mianem Polskiej Orawy. Na tym jednak nie koniec. 19 lat później rejon ten ponownie włączono do państwa słowackiego, by ostatecznie w 1945 roku przywrócić go Polsce.

Nic więc dziwnego, że dzisiejsza Orawa kojarzy się nam od razu z jej słowacką częścią, dużo bardziej popularną głównie ze względu na ciepłe źródła i tysiące Polaków, zmierzających do Oravic czy Zuberca. To tam przecież w urokliwym lesie kryje się wspaniały skansen – Múzeum oravskej dediny, w niezwykły sposób pokazujący, jak żyli tamtejsi mieszkańcy. Polska, moim zdaniem nieco zapomniana część Orawy, zachowała swą odmienną kulturę i zabytki, choć nie aż tak jednoznacznie madziarskie jak Spisz.

A zatem – nie może być inaczej. Orawa to jeden z bardziej oryginalnych sposobów na wakacje.

Lepiej nie zaspać

Budzę się o godzinie czwartej. Krakowska noc nie nastraja do wyjścia, w sumie to boli mnie głowa. Niestety, nie mam wyboru – nasza kolej jest nieubłagana i pociągi podstawia o dosyć dziwnych porach, nie pozostawiając podróżującym wyboru.

– Seba, pamiętaj, odjeżdżamy o 5.23. Jak się spóźnisz, to cię własnoręcznie uduszę – przypominam sobie wczorajsze słowa Ani.

Przerażony wizją rychłego zakończenia życia zwlekam się z łóżka. Pakując plecak, kontynuuję rozważania na temat czekającej mnie podróży do Zakopanego.

Znajduję nawet jej jedną zaletę: trasa, którą jedzie pociąg, jest niesamowicie malownicza i ciekawa technicznie. Wystarczy przypatrzeć się charakterystycznym zmianom kierunku jazdy. To one wyznaczają etapy budowy kolei aż do zimowej stolicy Polski. Na dworzec wbiegam jak zwykle w ostatniej chwili. Groźne spojrzenie Ani i jej zaciśnięte wymownie pięści sprawiają, że potulnie wskakuję do wagonu i zajmuję wskazane przez nią miejsce. Pociąg odjeżdża chwilę później. Czas wyznacza nam teraz charakterystyczny stukot kół.

Unikając wzroku Ani, wydobywam z plecaka przygotowane śniadanie w postaci kiełbasy. Zabieram się za jej konsumpcję, gdy słyszę poirytowany głos:
– A wiesz, z czego to robią?
Przełykam ślinę, prostuję się i… jako zdeklarowany mięsożerca (wyznający zasadę, że dzień bez schabowego jest dniem zmarnowanym) rozpoczynam rozmowę z Anią, która ma nieco odmienne poglądy w kwestii produktów przemysłu mięsnego.

Po godzinie dyskusji wspólnie ustalamy, że na porozumienie nie ma szans, w związku z czym decydujemy się pozostały czas podróży przeznaczyć na sen. Padamy niemal natychmiast (w końcu jest dopiero wpół do siódmej rano!). Na szczęście nasz sen nie jest na tyle mocny, by przegapić stację, na której mamy wysiąść. O wpół do dziewiątej meldujemy się na malutkim peronie na Przełęczy Sieniawskiej we wsi Pyzówka. Jej centrum mieści się nieco dalej, dziś jednak tam nie pójdziemy.

Skarbu brak

Na stacji robimy przerwę na krótką sesję zdjęciową, by po chwili ruszyć niebieskim szlakiem w kierunku Janiłówki (817 m n.p.m.) i Trubacza (803 m n.p.m.). Niestety, niektórzy jej mieszkańcy, tudzież jacyś przyjezdni nie docenili malowniczości tego miejsca (bądź chcieli wyrazić dezaprobatę wobec poziomu polskich mediów) i przy wejściu do lasu wita nas… potłuczony telewizor.

Dopiero dalej uroku i tajemniczości trasie dodaje gęstniejąca mgła. Jedynym mankamentem jej pojawienia się jest to, że tym samym przesłania ona wspaniały widok na Tatry. I, co gorsza, po kilkudziesięciu minutach przechodzi w siąpiący deszcz.

Idziemy więc w bajkowej scenerii. Widoków, oczywiście, brak, ale otaczający las koi nasze zmęczone minionym tygodniem studenckie dusze. Nawet deszczowe, górskie powietrze daje siłę na to, by dalej stawiać czoła przeciwnościom dnia powszedniego.

Jest godzina dziesiąta. Zaraz obok schowanej gdzieś nieopodal Przełęczy Pieniążkowickiej mijamy ruchliwą szosę. Orawa, ze względu na swoje wyjątkowo niskie położenie, oscylujące wokół 600-700 metrów n.p.m., tworzy swoistą bramę, która nie tylko służyła i służy transportowi drogowemu, ale jest też dogodnym kanałem powietrznym dla samolotów, kierujących się na południe. I dlatego też w pogodny dzień można nad głowami turystów ujrzeć różne ślady, zostawiane przez silniki stalowych ptaków.

Wędrujemy już ponad godzinę, gdy wreszcie budzi się we mnie lenistwo i pewien sprzeciw wobec chodzenia ciągle utartymi ścieżkami. Czas na krótki popas (na swoją kolej czeka w końcu pischinger, zakamuflowany w kompletnie już przemoczonym plecaku) i decyzję, co robimy dalej.
Ruszamy w górę drogą obok znaku informującego nas, że znajdujemy się na ścieżce spacerowej, noszącej imię papieża

Polaka, by na samym grzbiecie opuścić jej uciążliwe towarzystwo i już na azymut ruszyć samą górą. Te góry są zresztą temu wyjątkowo przyjazne. Nie ma tutaj zwartych krzaków, gęstego lasu czy niebezpiecznie stromych zboczy. Dzięki temu mamy możliwość zobaczenia niesamowitych polan, ukrytych w dolinach potoków, spacerowania dywanami nieskazitelnie zielonej trawy – jednym słowem obcowania sam na sam z powoli rodzącą się naturą. Sielankę przerywają gdzieniegdzie jedynie leśne dukty, dokuczające turystom wyżłobionymi od zrywki drewna rowami.
Maszerujemy w spokoju. Na horyzoncie pojawia się wreszcie niewyraźny zarys Tatr. Niestety, niezbyt duża stromizna i brak większych drzew dokuczają nam tym bardziej, im głębiej brodzimy w kłujących i niemiłosiernie prujących materiał naszych spodni jeżynach.

– Wygląda na to, że nasza męczarnia dobiegła końca – mówi Ani, gdy wreszcie wydostajemy się z tych zarośli. Stajemy na szczycie Żeleźnicy (912 m n.p.m.). Zresztą o tym, że oto zostaliśmy zdobywcami osławionej skarbami zbójników góry, mówią nam tylko coraz mniej widoczne transzeje i okopy strzeleckie. To pozostałości po Wielkiej Wojnie, gdy chylące się ku upadkowi mocarstwa toczyły swoją agonalną walkę. Niestety, nie znajdziemy już smreka, pod którym miał leżeć kamień z wiele znaczącym i zachęcającym napisem: „Sukoj a znajdzies”, ale też: „Jakeś połozył, to weznies”, rozwiewający nadzieję na to, że ktoś poza straconym już kilka wieków temu zbójnikiem znajdzie tu jakikolwiek skarb. Coraz bardziej rzęsisty deszcz wyrywa nas z letargu zmęczenia i zmusza do kolejnego posiłku.

– Weź, jest najlepsza – mówi Ania, podając czekoladę, smakującą w deszczu szczególnie słodko. Tego było mi trzeba.

Dach Orawy

Ponownie oddajemy się losowi. Czasem przecież warto. Zresztą jako przewodnikowi sprawia mi to szczególną przyjemność – w pracy dość często poruszam się utartymi ścieżkami, zmuszony też jestem odwiedzać miejsca, w których wizyta nie sprawia mi już jakiejś szczególnej frajdy. Rozmoczona mapa i kompas lądują w plecaku, a ja prowadzę, gdzie mnie oczy poniosą. Niczym nieograniczona wolność daje poczucie niesamowitego szczęścia, a jedyne, czego może brakować, to tylko piękna pogoda.

Jest godzina dwunasta. Idziemy w jakimś podmokłym meandrze potoku. W lecie ukryty między szerokimi liśćmi łopuszyn jest pewnie nie do przejścia. Teraz jednak nieśmiało wychyla się sponad gruntu. Skoki przez potok czy spacer po polach, które jeszcze nie okrzepły po zimie to krótka, ale wspaniała wycieczka na wiosenne popołudnie. Po dosyć długiej chwili ponownie dochodzimy do Pieniążkowic. Czas na decyzję.

– Wsiadamy do busa? – pyta Ania.

– Nie, chodźmy dalej… W końcu mieliśmy porządnie się zmęczyć – odpowiadam.

Dopiero teraz zdajemy sobie sprawę, że właściwie należało pójść inaczej. Lepiej było z Żeleźnicy od razu kierować się na północny zachód. Ale teraz nie mamy już wyjścia. Mimo ściany deszczu nie zamierzamy się poddać.
Busików jak na złość nie widać. Naszym celem jest pobliska Bukowina. Ruszamy więc pieszo, licząc na łut szczęścia. Los nam sprzyja i po dziesięciu minutach litościwie zatrzymuje się przy nas wysłużony polonez. Dzięki niemu błyskawicznie dostajemy się na żółty szlak, którym chcemy dojść do Podszkla. Droga zaczyna się w lesie, początkowo prowadzi asfaltem, by zaraz zamienić się w gruntowy, błotnisty dukt, który w miarę zbliżania się do miejscowości przybiera bardziej cywilizowaną formę.

– Gdzie tu sens, gdzie tu logika? – cytuję Ani pointę znanego dowcipu o Jasiu.

Przecinamy Podszkle wzdłuż i zwiększając tempo marszu, pniemy się między coraz rzadszymi gospodarstwami. Początkowo idziemy polami uprawnymi, by chwilę potem, ku naszej nieopisanej radości, wejść na nowo w las. Niestety, szlak nie dociera do Pająków Wierchu (935 m n.p.m.) – najwyższego szczytu całego pasma. Mimo to poczuwszy zew lekkiego snobizmu, postanawiamy zdobyć jego wierzchołek. Widok z góry nie porywa, ale też niczego specjalnego na tym terenie poza wysokością nie oczekiwaliśmy.

Wracamy na żółty szlak i po chwili docieramy do przysiółka Danielki, znajdującego się w pobliżu wsi Podwilk. Osada ta, położona na wysokości 850 metrów n.p.m., zwana jest „dachem Orawy”. To tu właśnie każdego roku we wrześniu przy kamiennej piecie z 1749 roku gromadzą się pielgrzymi, by oddać cześć Matce Boskiej Bolesnej, patronce Orawy. Mijamy figurę i zgodnie maszerujemy do ostatniego punktu naszej dzisiejszej wędrówki.

Żółty szlak sprowadza nas do Orawki. Niestety, nie mamy już sił, by zobaczyć perełkę tej osady – XVII-wieczny drewniany kościół pod wezwaniem Jana Chrzciciela, zaliczany do najcenniejszych, drewnianych obiektów sakralnych południowej Polski, w środku którego znaleźć można niesamowite XVII i XVIII-wieczne polichromie, a także groby dwóch lotników, strąconych w czasie kampanii wrześniowej. Nasze kroki kierujemy prosto na przystanek PKS.
Czas powrotu jest już domeną Morfeusza. Przez przymknięte oczy obserwuję wielkie puścizny, zwane też borami, przesuwające się za oknem. To nic innego jak miejsca powstawania protoplasty węgla kamiennego – torfu, który dawniej eksploatowany tutaj był jako opał, a teraz wywożony jest do gospodarstw ogrodniczych jako doskonała gleba do uprawy. Mijamy Czarny Dunajec, w którym jeszcze w latach 80. XX wieku można było spotkać pracowicie pchający wagony parowóz, spieszący aż do Podczerwonego. W przewodnikach można znaleźć informację, że kiedyś kursował on nawet dalej – aż do Suchej Góry na Słowacji. O jego losie zadecydował jednak strach przed zajęciem Polskiej Orawy przez Słowaków w czasie powojennego bałaganu. W efekcie łącznik przez jeszcze niepewną granicę rozebrano. Z linią tą wiąże się także pewna ciekawostka. Otóż, na początku lat 90. ubiegłego stulecia została ona wyremontowana, polepszono jej parametry, a następnie… ją zlikwidowano! Wyjaśnień tego remontu, tworzonych przez umysły tutejszych ludzi było wiele. Jednak koniec okazał się smutny, bowiem linia zamieniła się na jakiś czas w cmentarzysko starych wagonów, a obecnie pozostał po niej wyłącznie trawiasty nasyp, mający niebawem służyć miłośnikom dwóch kółek.

Mijamy Ludźmierz i wreszcie docieramy do Nowego Targu. To w tym właśnie mieście często kończyli orawscy zbójnicy, łapani przez żołnierzy jaśnie oświeconego pana. My jednak nie kończymy w tym cyrkule, lecz na dworcu PKS. Jeszcze tylko dwie godziny i będziemy w domu.

Sebastian Fijak
Witam serdecznie!

Zapraszam do wspólnych wędrówek po najpiękniejszych oraz najciekawszych zakątkach Polski i całej Europy.

Na mojej stronie odnajdziesz propozycje eskapad. Gwarantuję, że są to bardzo nieszablonowe wyprawy, w trakcie których poczujesz moc przygody...
sebastian@fijak.pl + 48 784 076 948

Współpracuję

Ostatnie komentarze

Reklama