[npm 3/2010] Uśmiech Murphy’ego – Małe Pieniny

Ten weekend był żywym obrazem słynnych praw Murphy’ego. Najpierw zepsuła się moja komórka, potem mi ją ukradli. Ale o tym chyba nie będę pisał. Wolę opowiedzieć, co wydarzyło się kilka godzin później, kiedy już wreszcie wybrałem się w Małe Pieniny. Jak się bowiem okazało, zimową porą ten epitet zupełnie do nich nie pasuje.

Pomysł wycieczki rodzi się w mojej głowie w ekspresowym tempie. Na dworze jest tak pięknie, trzeba więc gdzieś się wybrać. Problem tylko w tym, że Ania nie ma rakiet śnieżnych. Ale to przecież tak naprawdę drobiazg. Wykonuję kilka telefonów i po paru godzinach rakiety dla mojej towarzyszki leżą w domu oparte o komodę. Prognoza jak zwykle optymistyczna. Temperatura odczuwalna w dolinie – minus 30 stopni Celsjusza.
– Nie martwmy się tym w ogóle – mówię do Ani. – Kto wie, może będziemy mieli szczęście i będzie inwersja? – pocieszam.

Czarny blues o czwartej nad ranem

„(…) Za oknem mruczą bluesa | Topole z Krupniczej (…)” śpiewało Stare Dobre Małżeństwo, a ja walczę z plecakiem i sennością. Przecierając oczy, biegnę na dworzec w Krakowie, gdzie czeka na mnie Ania. Mróz jednak jest.
I znowu się zaczyna! Autobus miał wyjechać o 5.20, a tutaj niespodzianka – będzie inny, dopiero o 5.40. Maszerujemy więc w jego stronę, by po chwili szczęśliwie znaleźć się wreszcie w środku. W końcu z lekkim opóźnieniem ruszamy w stronę Nowego Targu. A tam powtórka z rozrywki.
– Autobus pojedzie, ale nie o 7.20, tylko o 7.35. I nie do Szczawnicy, a do Krościenka – oznajmia nam pani w informacji.
Nie ma Londynu, jest Lądek Zdrój… Ale nie poddajemy się. I naprawdę wszystko byłoby dobrze, gdyby naszym środkiem lokomocji nie okazał się wysłużony autosan, który psuje się tuż za rogatkami Nowego Targu.
– A może to znak, że nie mamy dziś jechać w Pieniny? – mówię do Ani.
Milknę jednak, widząc jej groźne spojrzenie. Cierpliwie czekamy więc na kolejny autobus. Na szczęście podjeżdża wyjątkowo szybko. I wreszcie mogę się oddać w objęcia Morfeusza.
Dojeżdżamy do Krościenka. Tam jednak zabawa się nie kończy. Musimy jeszcze zdążyć na bus do Jaworek. Z pomocą przychodzi na szczęście wysłużony sprinter, który sądząc po stanie technicznym, poza ludźmi wozi chyba również trzodę chlewną. Ale nie ma co narzekać, dzięki niemu po czterech godzinach od wyjazdu z Krakowa stajemy mocną nogą na parkingu w Jaworkach.
Przed nami pobielona śniegiem mała wioska, zagubiona wśród wapiennych skał. I mimo że latem bywam tutaj dosyć często, dopiero o tej porze roku miejsce to nabiera prawdziwej magii. Bo niezwykła historia czai się tu niemal w każdym zakątku. Dawniej rejon ten (zwany Rusią Szlachtowską) był enklawą Rusinów. Uważny obserwator nawet dziś dopatrzy się w śnieżnobiałym kościele pod wezwaniem świętego Jana Chrzciciela kształtów starej, bogatej cerkwi.

Zgodnie z planem

A zatem – czas ruszać na szlak. Świadkiem naszych przygotowań do wyjścia staje się jedynie drewniany budynek restauracji „Bacówka”, następca podobnej budowli, postawionej tu specjalnie do potrzeb filmu Kazimierza Kutza pt. „Znikąd donikąd”.
Zaczynamy podejście po godzinie dziewiątej rano. Tym razem jednak nie zielonym szlakiem, który wiedzie słynnym Wąwozem Homole.
– Przy moim szczęściu nawet przy tak mało obfitej pokrywie śnieżnej moglibyśmy tam zostać zasypani przez lawinę stulecia – tłumaczę Ani wybór drogi.
Idziemy polaną nad wąwozem, która zimą zamienia się w małe pole narciarskie. Tym razem puste, jedyną oznaką aktywności właścicieli jest krążący ratrak.
Pierwszy postój robimy przy knajpie tuż przy górnej stacji wyciągu. Niestety, dziś jest zamknięta. Rozglądamy się dookoła, ale żadnego właściciela nie widzimy. Trudno, zjemy później. Ruszamy dalej. Chwilę później mija nas dziewczyna, pędząca w stronę knajpy. Niestety, dla nas jest już za późno. Cofać się nie mamy zamiaru. Dochodzimy po chwili do Jemeriskowych Skał. Stąd poruszamy się już zielonym szlakiem. Niestety, nie jest to zbyt urokliwy etap. Przez cały czas maszerujemy po mało widokowym, leśnym dukcie.
Piękno Małych Pienin zaczynamy odkrywać dopiero na kończącej tę drogę polanie „Pod Wysoką”. Latem można tutaj przenocować w bazie studenckiej, dawniej nieco wyżej znajdowała się chatka, przerobiona z tak zwanej bacówki wzorcowej (dawny szałas pasterski). Budynek jednak nie wytrzymał gorącej inwencji studentów i kilkadziesiąt lat temu po prostu spłonął.
Robimy mały odpoczynek, podziwiając niesamowitą grę słońca i mroźnej mgły.

Niezapomniany widok

– Czuję się trochę jak filmie „Into the wild” – mówi Ania, zaczynając dyskusję o jego głównym bohaterze i o książce wydanej pod tym samym tytułem.
Gadając o wszystkim i niczym, zakreślamy swój ślad na gigantycznej polanie. Jako że nie mamy w planach wejścia na szczyt Wysokiej (1050 m n.p.m.),
w pewnym momencie, już bez szlaku, odbijamy na zachód w kierunku Schroniska „Pod Durbaszką” (850 m n.p.m.).
Mijając zagajnik na granicy rezerwatu Wysokie Skałki, przez chwilę czujemy się jak w prawdziwej dziczy. Rezerwat ten został utworzony w 1961 roku w celu ochrony jedynego, zachowanego w Pieninach fragmentu górnoreglowego, naturalnego lasu świerkowego. Mało kto wie, ale właśnie w tych rejonach swoje gniazdo założyła para puchaczy – naszych największych sów. Kto nie był jednak w Pieninach wcześniej, może się mocno zdziwić rozsianymi tu artefaktami: począwszy od betonowych słupków ogrodzeń, przez słupy telegraficzne i druty kolczaste, skończywszy na szałasach pasterskich. Powód ich obecności w tym paśmie jest bardzo prosty: to „pamiątki” po czasach, gdy wszystko musiało być „planowe”, łącznie z pasterstwem. W latach 50. ubiegłego wieku nawet tę chyba najbardziej niezależną dziedzinę ludzkiej działalności próbowano wtłoczyć w ramy. W efekcie pobudowano sieć bacówek wzorcowych, połączonych drogami, siecią telefoniczną (sic!) i prądem. Dzisiaj klimat tych zakątków bardzo przypomina mieszankę gorczańskich polan z ezoterycznym tchnieniem Beskidu Niskiego. Zwłaszcza zimą, gdy nikogo nie ma na szlaku. Uniesienie psuje jedynie rząd współczesnych tabliczek, ostrzegających przed kablem wysokiego napięcia i naruszaniem gruntu nad nim.
Wreszcie docieramy do schroniska, które de facto jest filią krakowskiego Młodzieżowego Domu Kultury „Dom Harcerza”. Budynek ośrodka powstał w latach 1949-1952 jako jedna z czterech bacówek, które miały być wzorcowymi do wypasu owiec i, niestety, popadał w ruinę przez ponad dwadzieścia lat. Odrodził się dopiero w 1973 roku z inicjatywy grupy instruktorów harcerskich, o czym do dzisiaj świadczą proporce wywieszone w jadalni. Z zewnątrz widać w nim jednak jeszcze zarysy dawnej owczarni. Teraz służy głównie wycieczkom szkolnym. Jednakże mimo że oficjalnie nie jest schroniskiem górskim, swoim klimatem i obsługą mógłby świecić przykładem przed wieloma innymi noszącymi to miano.
Tymczasem obecnie świecą głównie oczy gospodarza, który z niedowierzaniem patrzy na naszą dwójkę. Oprócz nas zawitał tu dziś tylko jeden zbłąkany turysta.
– Myślałem, że w taki mróz nikt nie odważy się na jakąkolwiek eskapadę – tłumaczy swoje zdziwienie i oferuje podgrzanie jadalni.
My jednak dziękujemy. W porównaniu z warunkami na zewnątrz temperatura w środku dawnej bacówki jest bowiem iście tropikalna. Gdy więc rozsiadamy się, by odpocząć, usypiam jak dziecko na dobre pół godziny. Gdy wreszcie dochodzę do siebie, zabieramy się za obiad. Dziś w menu czekolada z kiełbasą wiejską i zamrożona kanapka, posmarowana pasztetem sojowym. A zatem – niezapomniane doznania gwarantowane. Po takiej uczcie to już tylko powrót na szlak.

Boje na granicy

Polana pod Durbaszką okazuje się pierwszym miejscem, które wymaga użycia rakiet. Nic nie wskazuje na to, że śnieg jest tutaj głęboki, ale jednak każdy krok bez tego cudnego wynalazku zamienia się w kąpiel śnieżną po uda. I nic nie znaczą wystające, zasuszone źdźbła traw – zaraz obok nich można „zatonąć” w śnieżnej bieli. Potwierdzeniem tego są ślady napotkane przez nas na grzbiecie – nasz towarzysz ze schroniska nieźle musiał się namęczyć, idąc tym traktem. Zakładamy więc rakiety na buty i ruszamy.
Trudy marszu wynagradza nam widok Tatr. Są niemal na wyciągniecie ręki. Mienią się słońcem, kryjącym się za ich najwyższymi i najhonorniejszymi wierchami – Lodowym (2627 m n.p.m.) i Łomnicą (2634 m n.p.m.). Jesteśmy mimowolnymi widzami spektaklu promieni oraz barw. I tylko coraz bardziej wdzierający się pod ubranie mróz przypomina nam o tym, że trzeba ruszać dalej. Po chwili postrzępiony grzebień karpackich kolosów razem z nami znika w mroku.
Oglądanie tego niesamowitego widoku dodaje mi sił. Senność mija, a ja zaczynam prowadzić Anię przez połoniny Małych Pienin. Tym razem jednak nie szlakami, a na azymut. Tak jest wygodniej. Czasami trzeba przedrzeć się przez zarośla, ale to nic w porównaniu z urokiem wędrówki po dziewiczym śniegu, skrzącym się w snopie świateł naszych czołówek.
Przez chwilę zastanawiam się, czy nie lepiej skręcić na szlak, biorący od wschodu zbocza Jarmuty (794 m n.p.m.). Sam szczyt nie jest może okazały, ale z pewnością wart uwagi. Mieści się tam bowiem jeden z nielicznych zabytków dawnego górnictwa – sztolnia.
– Może skrócimy nieco i zejdziemy do Szlachtowej? – pyta Ania.
– Zastanowimy się, jak dojdziemy do żółtego szlaku – odpowiadam.
Zwycięża jednak zdrowy rozsądek. Pójdziemy niebieskim szlakiem. Sylwetka starodawnego „wulkanu” do końca wycieczki towarzyszyć nam będzie po północnej stronie trasy. Naszymi drogowskazami stają się biało-czerwone słupki graniczne, tylko niekiedy wzbogacone o wyższego towarzysza, który przed wejściem do strefy Schengen dzierżył dumnie tablicę „Granica państwa. Przekraczanie zabronione”.
Numery kamiennych strażników granicy jednoznacznie określają nasze położenie na mapie: ich linia właściwie pokrywa się z niebieskim „transpienińskim” szlakiem. Czas na krótki postój, kostkę czekolady i pędzimy dalej.

Lodowe rzeźby

Przez sporą chwilę kluczymy pośród młodych buków, by po chwili znaleźć się na pierwszej nitce nartostrady z Palenicy. I jako że jesteśmy już bardzo zmęczeni, decydujemy się wracać tą właśnie trasą. Mozolnie kroczymy wśród armatek śnieżnych i ratraków, ubijających biały puch w fantazyjne formy. Częściowo poruszając się w tej sztucznej zamieci, częściowo po ubitym śniegu, docieramy do dolnej stacji kolejki. Oboje wyglądamy jak lodowe rzeźby.
Jak się jednak okaże, to nie koniec naszych przygód. Bus, na który chcieliśmy zdążyć, nie nadjeżdża. Z opresji ratują nas uprzejmi, młodzi ludzie, podwożąc na stację benzynową do Krościenka. Trzy hot-dogi i dwie porcje gorącej czekolady stawiają nas ponownie na nogi. I wreszcie, po całej dobie, wracamy do Krakowa. O syberyjskich temperaturach przypomina już tylko ból bordowych koniuszków palców. Następnego dnia rano na termometrze widzę plus dziesięć stopni. A więc halny nadszedł, wywiewając nawet najmniejsze wspomnienia białych Małych Pienin. A Pan Murphy z pewnością się uśmiecha.

Sebastian Fijak
Witam serdecznie!

Zapraszam do wspólnych wędrówek po najpiękniejszych oraz najciekawszych zakątkach Polski i całej Europy.

Na mojej stronie odnajdziesz propozycje eskapad. Gwarantuję, że są to bardzo nieszablonowe wyprawy, w trakcie których poczujesz moc przygody...
sebastian@fijak.pl + 48 784 076 948

Współpracuję

Ostatnie komentarze

Reklama